Dolina Pałaców i Ogrodów to alternatywna nazwa dla Kotliny Jeleniogórskiej, gdzie miałam przyjemność spędzić kilka dni w zeszłym tygodniu. Większych i mniejszych rezydencji jest tam zatrzęsienie, w zasadzie co wioska, to pałac, a niekiedy nawet dwa. Należy jednak zaznaczyć, że na tych terenach w zasadzie każdy budynek mieszkalny znajdujący się na rycerskich dobrach ziemskich zwany był niegdyś „zamkiem” lub „dworem”. Dziś w polskich Łużycach jest około stu majątków rycerskich, a także liczne dobra miejskie i klasztorne. Niestety, ponad 2/3 z nich chyli się ku upadkowi, stąd region zwany jest często "doliną umierających pałaców". W najlepszym stanie są obiekty przekształcone na hotele i restauracje, z których kilka możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej.
niedziela, 17 lipca 2011
niedziela, 28 marca 2010
Wiedeńskie pałace, cz. 3
Letnia rezydencja Habsburgów, pałac Schönbrunn, nazywana jest "małym Wersalem". Wzniesiona u schyłku XVII wieku; liczy niemal półtora tysiąca pomieszczeń - spośród których do zwiedzania udostępnionych jest czterdzieści.
Podobnie jak w Hofburgu, możemy tu obejrzeć prywatne apartamenty Franciszka Józefa i Elżbiety - nowością jest natomiast wspólna cesarska sypialnia. Piękne pomieszczenie z podwójnym łożem, utrzymane w głębokiej granatowej tonacji, wymagało odpowiednich przygotowań (zmiana pościeli, ogrzanie pokoju etc.), jeśli małżonkowie chcieli z niego skorzystać - stąd też musieli o takim zamierzeniu uprzedzać służbę co najmniej pięć dni wcześniej.
Dalej czekają na nas apartamenty Marii Teresy, m.in. Salon Lustrzany, w którym sześcioletni Mozart dał swój pierwszy koncert na dworze (po czym wdrapał się na kolana cesarzowej i pocałował ją, wywołując tym zgorszenie zebranych).
wtorek, 23 marca 2010
Wiedeńskie pałace, cz. 2

Niezwykle interesująca była druga ekspozycja w Hofburgu, tak zwane Sisi Museum. Znalazły się tam pamiątki po słynnej cesarzowej: zarówno przedmioty do niej należące, takie jak parasolka czy rękawiczki, jak również rekonstrukcje biżuterii i strojów, które znamy z portretów i fotografii. Przy okazji można się było zapoznać także z jej twórczością poetycką, w której dominują pesymistyczne utwory inspirowane własnymi doświadczeniami i liryką Heinego, na przykład:
Ach, po cóż ścieżkę opuściłam,
która mnie wiodła ku wolności,
na drogę po cóż, ach, zbłądziłam
szeroką drogę mej próżności.
albo:
Jam mewa, mnie nie trzyma
żaden brzeg ni kraina.
poniedziałek, 22 marca 2010
Wiedeńskie pałace, cz. 1
Sporo czytałam o Wiedniu i jego przepychu, ale muszę przyznać, że i tak mnie oszołomił. Tydzień to zdecydowanie za mało, żeby nacieszyć się tym przepięknym miastem, ale postanowiłam przynajmniej dokładnie zwiedzić największe atrakcje. Przede wszystkim pragnęłam zobaczyć pałace: Hofburg, Schönbrunn i Belvedere.
Pałac zimowy, Hofburg, jest największy - składa się na niego osiemnaście skrzydeł, pochodzących z różnych okresów (był rozbudowywany od XIII do początku XX wieku) i z tego powodu jest nazywany "labiryntem Habsburgów". Rzeczywiście, trudno tam odnaleźć porządek, zarówno patrząc na niego z zewnątrz, jak i spacerując po wnętrzu - co jednak nie ujmuje mu uroku. Na zdjęciu ledwie drobny fragment całości.
Pałac zimowy, Hofburg, jest największy - składa się na niego osiemnaście skrzydeł, pochodzących z różnych okresów (był rozbudowywany od XIII do początku XX wieku) i z tego powodu jest nazywany "labiryntem Habsburgów". Rzeczywiście, trudno tam odnaleźć porządek, zarówno patrząc na niego z zewnątrz, jak i spacerując po wnętrzu - co jednak nie ujmuje mu uroku. Na zdjęciu ledwie drobny fragment całości.poniedziałek, 1 grudnia 2008
Notatki kulturalne
Tym razem będzie bardzo skrótowo o moich ostatnich przyjemnościach kulturalnych. W październiku miałam okazję obejrzeć w Teatrze Polskim "Juliusza Cezara" - przedstawienie ciekawe pod względem formalnym (widzowie na scenie, akcja częściowo "w plenerze"), jednak idea interpretacji nie do końca czytelna, a odniesienia do współczesności niejasne. Więcej o spektaklu tutaj.
W listopadzie natomiast dwukrotnie wybrałam się do Opery Wrocławskiej. Pierwszym spektaklem był "Falstaff" (albo, jak kto woli: "Wesołe kumoszki z Windsoru") Verdiego - dobry szekspirowski humor w bardzo klasycznym wydaniu. No, może jedynie fryzury bohaterek były odrobinę zbyt postmodernistyczne... A, i zapomniałabym się pochwalić: za sprawą niesamowitego zbiegu okoliczności miałam przyjemność podziwiania tego wszystkiego z loży dla VIPów. Więcej o przedstawieniu na stronie Opery.
Druga wizyta w muzycznym "domu uciech" obejmowała zaś "Jezioro Łabędzie" Czajkowskiego. I tu było dwojako: sceny "jeziorne", że tak to ujmę, były przepiękne, nastrojowe i przejrzyste - natomiast scena balowa, też oczywiście przepiękna, zawierała kilka nierozszyfrowanych elementów (np. dwaj transwestyci?!). Samo zakończenie odrobinę zmienione, ale za to cały balet zamknięty ładną klamrą kompozycyjną. Więcej tutaj.
No i na koniec nie mogę nie wspomnieć o wycieczce do Drezna, choćby tylko bardzo pobieżnie. Stare Miasto jest przepiękne, aż trudno uwierzyć że niemal w całości podniesione z gruzów. Zbiory muzealne ogromne, przy szybkim zwiedzaniu syndrom florencki gwarantowany: Canaletto, Rubens, Vermer - wszyscy obok siebie! Koniecznie też trzeba było powiedzieć "Serwus, Madonna!" wielkiemu dziełu Rafaela. A do tego wszystkiego był jeszcze skarbiec, z kilogramami złota, kamieni szlachetnych, kości słoniowej, macicy perłowej, porcelany itd., złożonymi w najpiękniejsze cuda, jakie tylko były w stanie wyjść spod ręki ludzkiej. I wreszcie ON: 40-karatowy Drezdeński Zielony Diament w oprawie... Aaach! Wróciłam zachwycona i zakochana w tym niezwykłym mieście.
W listopadzie natomiast dwukrotnie wybrałam się do Opery Wrocławskiej. Pierwszym spektaklem był "Falstaff" (albo, jak kto woli: "Wesołe kumoszki z Windsoru") Verdiego - dobry szekspirowski humor w bardzo klasycznym wydaniu. No, może jedynie fryzury bohaterek były odrobinę zbyt postmodernistyczne... A, i zapomniałabym się pochwalić: za sprawą niesamowitego zbiegu okoliczności miałam przyjemność podziwiania tego wszystkiego z loży dla VIPów. Więcej o przedstawieniu na stronie Opery.
Druga wizyta w muzycznym "domu uciech" obejmowała zaś "Jezioro Łabędzie" Czajkowskiego. I tu było dwojako: sceny "jeziorne", że tak to ujmę, były przepiękne, nastrojowe i przejrzyste - natomiast scena balowa, też oczywiście przepiękna, zawierała kilka nierozszyfrowanych elementów (np. dwaj transwestyci?!). Samo zakończenie odrobinę zmienione, ale za to cały balet zamknięty ładną klamrą kompozycyjną. Więcej tutaj.
No i na koniec nie mogę nie wspomnieć o wycieczce do Drezna, choćby tylko bardzo pobieżnie. Stare Miasto jest przepiękne, aż trudno uwierzyć że niemal w całości podniesione z gruzów. Zbiory muzealne ogromne, przy szybkim zwiedzaniu syndrom florencki gwarantowany: Canaletto, Rubens, Vermer - wszyscy obok siebie! Koniecznie też trzeba było powiedzieć "Serwus, Madonna!" wielkiemu dziełu Rafaela. A do tego wszystkiego był jeszcze skarbiec, z kilogramami złota, kamieni szlachetnych, kości słoniowej, macicy perłowej, porcelany itd., złożonymi w najpiękniejsze cuda, jakie tylko były w stanie wyjść spod ręki ludzkiej. I wreszcie ON: 40-karatowy Drezdeński Zielony Diament w oprawie... Aaach! Wróciłam zachwycona i zakochana w tym niezwykłym mieście.
poniedziałek, 18 lutego 2008
Praska zima
Wycieczka do Czech, na którą wybrałam się w dniach 15-17 lutego, była pierwszym wyjazdem zorganizowanym przez biuro podróży, w którym uczestniczyłam. I muszę przyznać, że częściowo przełamała mój sceptycyzm co do tego typu instytucji. Największą zaletą, w porównaniu z indywidualnymi wojażami, była obecność pani przewodnik, która miała naprawdę dużą wiedzę i opowiadała w zajmujący sposób.
poniedziałek, 28 maja 2007
Spotkanie miłośników Jane Austen
W dniach 26-27 maja odbyło się w Krakowie sympatyczne spotkanie fanów twórczości Jane Austen. Udział brały osoby ze wszystkich stron Polski, rozpoczęliśmy więc od zwiedzania, udając się do Muzeum Czartoryskich i Kamienicy Hipolitów. W pierwszym z nich niestety nie można robić zdjęć, natomiast fotorelację z drugiego zamieściła na swoim blogu Dorfi i tam możecie sobie ją obejrzeć. Po tych rozkoszach dla oczu nadszedł czas na rozkosze dla podniebienia, odwiedziliśmy więc "Gruzińskie Chaczapuri", a następnie kawiarnię serwującą przepyszną kawę i szarlotkę z lodami. Noc upłynęła nam na długiej i burzliwej dyskusji na temat Marianny i pułkownika Brandona, tudzież na inne około austenowskie tematy. W niedzielę niestety trzeba było się wcześnie rozstać, z uwagi na rozkład jazdy pociągów, ale coś mi mówi, że to nie było ostatnie takie spotkanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)